| Machu Picchu |
Robimy przerwę na toaletę (ostatnia okazja, na terenie obiektu żadnej nie ma!) i spryskanie się repelentami. Ruszamy w drogę. Już pierwsza panorama robi na nas ogromne wrażenie. Wreszcie mamy okazję zobaczyć dobrze zachowane inkaskie miasto. Aż trudno uwierzyć, że pozostało przez tyle czasu nieodkryte.
Schodzimy do miasta i zwiedzamy poszczególne obiekty, poznając ich przeznaczenie. Mamy okazję zobaczyć inkaski kamieniołom i przyjrzeć się śladom po obróbce kamienia.
| Kamień z otworami- ślady po obróbce przez Inków. |
| Astronomiczny kamień promieniujący energią. |
Po około 35 minutach wędrówki zasiadamy na szczycie. Machu Picchu czasem jest zupełnie niewidoczne, całkowicie tonąc w gęstych chmurach. Przez godzinę podziwiamy ten widok, czekając na pozostałe osoby z grupy.
Wszystkim udaje się wejść, niestety zaczyna padać deszcz. Zakładamy kaptury i postanawiamy chwilę poczekać, licząc, że jednak się rozpogodzi. Pogoda nie jest jednak na tyle łaskawa, schodzimy więc. Widzimy z góry, że nad miastem nie pada, co stanowi dodatkową mobilizację. Kiedy staję przed wąskimi, stromymi schodkami prowadzącymi prosto do przepaści, odzywa się mój lęk wysokości. Pełen niepokoju pokonuję pierwszy odcinek. Gdy wracamy na ścieżkę, którą wchodziliśmy, jest już zdecydowanie lepiej. Zejście zajmuje niecałe pół godziny, po nim pora na zasłużony posiłek spożywany w oczekiwaniu na pozostałych kompanów. Po wysiłku jak zwykle wszystko smakuje lepiej, także zwykła bułka z żółtym serem wydaje się być wykwintnym daniem.
| Widok na Huayna Picchu. |
| Inkaski, drewniany mostek. |
Zasiadamy na rolniczych tarasach z widokiem na Machu Picchu tonące we mgle. Gdy szykujemy się do drogi powrotnej na chwilę wypogadza się, dzięki czemu możemy zobaczyć panoramę w blasku słońca. Jest jeszcze piękniej!
W drodze powrotnej decydujemy się zrezygnować z wygodnego busa na rzecz zejścia z góry o własnych siłach. Droga dla pieszych składa się z setek, o ile nie tysięcy, dość stromych schodków. Choć schodzić jest zawsze łatwiej, to i tak dają się one odczuć udom i kolanom.
Dość mocno zmęczeni bierzemy szybki prysznic i idziemy wymoczyć się w dostępnych tutaj łaźniach z ciepłymi źródłami. Gorąca woda przyjemnie rozluźnia mięśnie, prysznic w źródlanej, lodowatej wodzie cudownie orzeźwia. Taki miły akcent przed końcem dnia. Po nim jeszcze tylko kolacja. Widząc w restauracjach kamienne piece opalane drewnem, decydujemy się spróbować lokalnej pizzy. Bierzemy hawajską. Mocno nas rozczarowuje. Zrobiona jest na bardzo słodko, posypana cynamonem. Pod serem brakuje sosu pomidorowego, a sam ser też ma dziwnie słodkawy posmak. Włosi potrafią robić to lepiej. Przez chwilę dyskutujemy o różnych specjałach światowej kuchni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz