piątek, 5 października 2012

Machu Picchu

Jemy solidne śniadanie i krętą, górską drogą w busie podjeżdżamy do wejścia do Machu Picchu. Całą noc lał deszcz, po cichu liczymy więc na pogodny dzień i mniej meszek. Te owady potrafią tu być ponoć nader uciążliwe, a ich ukąszenie kończy się dużymi, długo-gojącymi się bąblami.
Machu Picchu
Machu Picchu

Robimy przerwę na toaletę (ostatnia okazja, na terenie obiektu żadnej nie ma!) i spryskanie się repelentami. Ruszamy w drogę. Już pierwsza panorama robi na nas ogromne wrażenie. Wreszcie mamy okazję zobaczyć dobrze zachowane inkaskie miasto. Aż trudno uwierzyć, że pozostało przez tyle czasu nieodkryte.


Schodzimy do miasta i zwiedzamy poszczególne obiekty, poznając ich przeznaczenie. Mamy okazję zobaczyć inkaski kamieniołom i przyjrzeć się śladom po obróbce kamienia.
Kamień z otworami- ślady po obróbce przez Inków.
Widzimy też astronomiczny kamień, który ponoć promieniuje energią. Ciekawostką jest to, że został delikatnie uszkodzony przez uderzenie kamerą w czasie kręcenia reklamy peruwiańskiego piwa Cusqueña. Od tego czasu podobne akcje marketingowe zostały surowo wzbronione ;)
Astronomiczny kamień promieniujący energią.
Żądni dalszych wrażeń ruszamy zdobyć pobliski szczyt Huayna Picchu, z którego będzie można obejrzeć jeszcze piękniejszą panoramę miasta. Ta przyjemność zarezerwowana jest dla 400 turystów dziennie. Wstęp na górski szlak jest limitowany, bilety należy rezerwować ze sporym wyprzedzeniem. Wchodząc na szczyt cieszę się, że niebo jest zachmurzone. W palących promieniach słońcach wejście byłoby o wiele trudniejsze, a i w tych warunkach bywa na tyle strome, że czasem trzeba zrobić chwilę przerwy, by odsapnąć.


Po około 35 minutach wędrówki zasiadamy na szczycie. Machu Picchu czasem jest zupełnie niewidoczne, całkowicie tonąc w gęstych chmurach. Przez godzinę podziwiamy ten widok, czekając na pozostałe osoby z grupy.


Wszystkim udaje się wejść, niestety zaczyna padać deszcz. Zakładamy kaptury i postanawiamy chwilę poczekać, licząc, że jednak się rozpogodzi. Pogoda nie jest jednak na tyle łaskawa, schodzimy więc. Widzimy z góry, że nad miastem nie pada, co stanowi dodatkową mobilizację. Kiedy staję przed wąskimi, stromymi schodkami prowadzącymi prosto do przepaści, odzywa się mój lęk wysokości. Pełen niepokoju pokonuję pierwszy odcinek. Gdy wracamy na ścieżkę, którą wchodziliśmy, jest już zdecydowanie lepiej. Zejście zajmuje niecałe pół godziny, po nim pora na zasłużony posiłek spożywany w oczekiwaniu na pozostałych kompanów. Po wysiłku jak zwykle wszystko smakuje lepiej, także zwykła bułka z żółtym serem wydaje się być wykwintnym daniem.
Widok na Huayna Picchu
Widok na Huayna Picchu.
Choć już teraz jesteśmy naładowani pozytywną energią i pełni wrażeń, to ruszamy zwiedzać kolejną część miasta oraz prowadzącą do niego górską drogę z drewnianym mostkiem, który w przypadku zagrożenia można było łatwo zrzucić, odcinając tę drogę dojścia do miasta.
Inkaski, drewniany mostek.


Zasiadamy na rolniczych tarasach z widokiem na Machu Picchu tonące we mgle. Gdy szykujemy się do drogi powrotnej na chwilę wypogadza się, dzięki czemu możemy zobaczyć panoramę w blasku słońca. Jest jeszcze piękniej!


W drodze powrotnej decydujemy się zrezygnować z wygodnego busa na rzecz zejścia z góry o własnych siłach. Droga dla pieszych składa się z setek, o ile nie tysięcy, dość stromych schodków. Choć schodzić jest zawsze łatwiej, to i tak dają się one odczuć udom i kolanom.

Dość mocno zmęczeni bierzemy szybki prysznic i idziemy wymoczyć się w dostępnych tutaj łaźniach z ciepłymi źródłami. Gorąca woda przyjemnie rozluźnia mięśnie, prysznic w źródlanej, lodowatej wodzie cudownie orzeźwia. Taki miły akcent przed końcem dnia. Po nim jeszcze tylko kolacja. Widząc w restauracjach kamienne piece opalane drewnem, decydujemy się spróbować lokalnej pizzy. Bierzemy hawajską. Mocno nas rozczarowuje. Zrobiona jest na bardzo słodko, posypana cynamonem. Pod serem brakuje sosu pomidorowego, a sam ser też ma dziwnie słodkawy posmak. Włosi potrafią robić to lepiej. Przez chwilę dyskutujemy o różnych specjałach światowej kuchni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz