sobota, 6 października 2012

Powrót do Cuzco

Znowu poranna pobudka. Musimy zdążyć na pociąg, który zabierze nas z powrotem do Olantayatambo. Choć w dzień można przyjrzeć się drodze, którą poprzednio pokonywaliśmy w zupełnym mroku, to senność nie pozwala się skupić na widokach. Nieco ponad cztery godziny snu po dość intensywnym i długotrwałym wysiłku to zdecydowanie zbyt mało.

Krajobraz w drodze do Cuzco.


W miasteczku jemy śniadanie na lokalnym rynku: bułki z serem smażonym z jajkiem, popijane świeżo zrobionym warzywno-owocowym sokiem. Jesteśmy coraz bliżej końca podróży, przez głowę przechodzi mi myśl, że tych świeżych soków będzie mi w Polsce bardzo brakować. Posileni ruszamy w podróż powrotną do Cuzco. Po drodze mamy zaplanowanych kilka umilających ją przystanków.

W Moray spacerujemy po tarasach, które Inkowie wykorzystywali do eksperymentalnej uprawy roślin. Utwierdzam się w przekonaniu, że rolnictwo było jedną z lepiej rozwiniętych dziedzin tej kultury.
Inkaskie, eksperymentalne tarasy rolnicze w Moray.


Jedziemy też do solnego miasta Las Salinas de Maras. W jego pobliżu wybija źródło solanki, mieszkańcy zaadaptowali zbocze góry tak, by stworzyć na nim sadzawki, do których systemem prymitywnych akweduktów trafia solanka. Później działa słońce, następnie ludzkie dłonie, które zbierają sól i dzielą ją na trzy frakcje: sól spożywczą, dla zwierząt i przemysłową. Czując powiew słonego powietrza zastanawiam się, zastanawiam się, dlaczego nikt jeszcze nie wpadł na pomysł by ten specyficzny i zupełnie nieopłacalny w 21 wieku biznes zamienić na solankowy kurort z tężniami.
Sadzawki z solanką na zboczu góry. 
Źródło solanki.
Zebrany kopiec soli.
Ostatnim punktem wycieczki jest wizyta w wiosce Chinchero. Jest tu piękny kolonialny kościół zbudowany na inkaskich ruinach oraz rodzina Milka. Reprezentantki trzech pokoleń z odrobiną poczucia humoru wyjaśniają nam, skąd bierze się wełna, jak nabiera kolorów i wreszcie jak zamienia się w rozmaite piękne rzeczy, które można na siebie założyć. Gdy stosowne zwierzęta zostaną ostrzyżone, uzyskana wełna jest dość brudna. Indianki ścierają więc do wody korzeń specjalnej rośliny, uzyskując w ten sposób naturalny detergent. Po chwili prania  i wypłukiwania wełna jest biała. Trzeba ją wysuszyć i zamienić w nitkę. Do tego służą specjalne kołowrotki, na których Indianki uzyskują włóczkę. Wyglądają trochę jak dziecięce bączki. Indianki wprawiają je w ruch obrotowy a później w jakiś magiczny sposób, z wielką lekkością i gracją nawijają na nie przędzę.

Na tym jednak nie koniec. Przecież ubrania Peruwiańczyków są pełne kolorów. Te uzyskuje się oczywiście także w naturalny sposób, wygotowując wełnę w barwnikach uzyskiwanych z roślin i zwierząt z ewentualną domieszką soli bądź moczu dziecka (jak się dowiedzieliśmy, mocz dorosłych jest już nieodpowiedni, bo przecież skażony alkoholem :) ).Barwnik fioletowy, nazywany koszenilą, uzyskuje się z mszyc żerujących na kaktusach. Bo ich rozgnieceniu uzyskuje się bardzo intensywną barwę, którą można rozjaśnić sokiem z limonki. Indianki używają takiego barwnika do malowania policzków i ust. Gwarantowały nam 24h pocałunko-odporność. Intrygujące dla mnie jest to, że po dodaniu do rozpuszczonego w gorącej wodzie barwnika soli zmienia on kolor na pomarańczowy.

Gdy dziewczyny mają już do dyspozycji wystarczającą ilość włóczki, biorą się do tkania. Korzystając z prostych narzędzi tworzą tkaniny z niesamowitymi wzorami. I to bez żadnych wzorców, szablonów, instrukcji. Całą wiedzę i fach mają w rękach.

Po tym pouczającym pokazie przyglądamy się gotowym wyrobom oraz hodowli świnek morskich. Nieświadome puchate stworzonka biegają sobie wesoło wokół paleniska z kociołkiem, nie wiedząc pewnie, że ów kociołek jest ich przeznaczeniem. Wychodzimy przed dom i spotykamy dziecko, które zaczyna uczyć nas liczyć do dziesięciu po hiszpańsku, uporczywie pomijając jednak siedem. Przejmujemy więc pałeczkę i bawimy się chwilę z maluchem, starając się wychowawczo wpoić mu siete do głowy. Ostatecznie chyba się udaje, choć mały wymawia siete w dość szatański sposób. Cóż, nasz mały, polski akcent w jego edukacji.
Mały Peruwiańczyk, pseudonim "Siete"
Wracamy do Cuzco. Mamy czas by zjeść obiadokolację i pokręcić się nieco po mieście, szukając ostatnich wrażeń i pamiątek. Na wieczór umawiamy się na pożegnalną imprezę. Jest muzyka, mojito, zabawa i prezenty dla naszych przewodników. Przemiła noc. I choć jutro dzień powrotu, to wyprawa była na tyle długa i satysfakcjonująca, że zupełnie nie czuję żalu, że się już kończy. Jestem zrelaksowany i spełniony.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz