Pobudka o 6:40, śniadanie o 7:10, tym razem jajecznica, nie jajko sadzone. Zostawiamy rzeczy na przechowanie w hostelu i jedziemy do portu. Tam wsiadamy na dość szybką, turystyczną, odkrytą łódź motorową (2x200km V6 Yamaha) i płyniemy na Islas Ballestas. Po drodze widzimy wydrążonego w skale kaktusa, nie wiadomo dlaczego nazwanego kandelabrem.
Naszym oczom ukazuje się coraz więcej rozmaitych ptaków i beztrosko pływające delfiny. Wyspy witają nas skrzekiem i zapachem guano. Wszędzie dosłownie roi się od ptactwa. Gdzieniegdzie na skałach wygrzewają się foki i lwy morskie. Na wyspie widać też człowieka. To akurat strażnik rezerwatu, są też jednak tacy, którzy na wyspach zajmują się wydobyciem guano. Nadaje się ono świetnie do użyźniania gleby, można więc na nim zarobić.
W drodze powrotnej psuje się jeden z silników.
Załoga próbuje go na miejscu naprawić, próby okazują się bezskuteczne. Szczęśliwie z jednym motorem też da się płynąć. Docieramy z lekkim opóźnieniem i szybko ruszamy dalej, na wycieczkę po lądowej części rezerwatu. Jedziemy małym busem z sympatycznym peruwiańskim przewodnikiem. Spotykamy w nim Polaka żyjącego w Kanadzie. Podróżuje sam, więc tymczasowo dołącza się do naszej grupy. Zwiedzamy muzeum, w którym dowiadujemy się nieco o środowisku Peru. Żyzność tutejszych wód i klimat są mocno związane z zimnym prądem morskim. Zimna woda ma więcej tlenu, słońca tu nie brakuje. Glony i fitoplankton fotosyntetyzują więc na całego, dzięki czemu ryby mają co wcinać.
Dalej podziwiamy rozmaite pustynne krajobrazy. Trafiamy na ciekawy twór, nazwany katedrą, lecz nijak do katedry niepodobny. Został nieco zniszczony przez trzęsienie ziemi, lecz nawet wcześniej podobieństwa nie było. Nazwę zawdzięcza dźwiękom przypominającym bicie dzwonów, które wydobywa z niego falujący ocean.
Dalej widzimy czerwoną plażę, zawdzięczającą kolor prawdopodobnie hematytowemu piaskowi. Finalnie półwysep z rybacką wioską, w której zjemy obiad. Dotarcie do niego utrudniają nam tereny zalane przez tsunami, które sprawiło, że woda przez półwysep się przelała, niszcząc także drogi.Docieramy, czas na obiad. Na przystawkę surowe owoce morza i ryby czyli ceviche i tiradito. Jako główne danie ryba grillowana i ryba smażona w cieście. Wszystko smaczne i niesamowicie świeże. Tylko w portach można zjeść tak dobrą rybę i owoce morza.
Tiradito.
Wracamy. Po kontroli bezpieczeństwa przypominającej tę lotniskową i bawiącą nawet samego kontrolującego wygodny autokar zabiera nas w czterogodzinną podróż do Nazca.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz