niedziela, 30 września 2012

Żegnamy Boliwię, witamy świnkę morską

Z samego rana jedziemy na lotnisko, odprawiamy się i lecimy do La Paz. Kupujemy na drogę kanapkę z mięsem, która jak się chwilę później okazuje smakuje mocno przechodzonym olejem. Paskudztwo! Ale na coś lepszego nie było czasu. Jedziemy to Tiahuanaco. Na miejscu mamy okazję poznać historię cywilizacji rozwijających się w Ameryce Południowej.
Brama słońca w Tihuanaco.


Sporo przekazywanych nam informacji to jedynie domysły naukowców. Opowiadane nam historie czasem sobie przeczą. Brakuje faktów. Historycy, archeolodzy i antropolodzy mają tu jeszcze sporo do zrobienia.
Kamienne twarze z dziwnymi minami, zdobiące mury świątyni.
Z ruin miasta jedziemy do Puno. Na granicy żegnamy się z Boliwią. Wizyta w tym kraju pozwoliła poznać wiele nowych rzeczy i spojrzeć na świat z nieco innej perspektywy.
W Puno jest czas by chwilę odsapnąć, odświeżyć się i przygotować do kulminacyjnego punktu wieczoru czyli kolacji w restauracji przy muzyce na żywo. Witają nas nienagannie ubrani kelnerzy, czekają na nas pięknie nakryte stoły. Obsługa jest nader sprawna, gdy czekamy na posiłek, na stole szybko pojawiają się lampki wina. Czas zaczynają nam umilać pięknie przebrani tancerze. Mężczyznom chwilami ciężko oderwać wzrok od dość odważnie odzianych tancerek.












Na stole pojawia się krem ze szparagów i zupa andyjska. Zupy kolejny raz nie rozczarowują. Są dobrze przyprawione, mają wyrazisty smak. Zupa andyjska przypomina nieco krupnik, gotowana jest na mięsie alpaki, ma sobie jego kawałki. Krem ze szparagów podawany jest z uszkami nadziewanymi grzybami. Gdy kończymy zupę, na stole przed nami pojawia się urocze, rumiane stworzonko. Mamy okazję spróbować upieczonej w całości świnki morskiej.

Pieczona świnka morska.
Ten lokalny przysmak jest ciekawie podany, ale smakiem mnie nie zachwyca. Mięso ma smak kurczakowo-rybny, jest go zwyczajnie mało. Zdecydowanie wolę to puchate zwierzątko w roli maskotki, niż na talerzu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz