piątek, 28 września 2012

Kajmany, Tukany i inne Piranie

Jemy obfite śniadanie (pierwsze takie w czasie wyprawy!), ubieramy się w stylowe gumiaki i płyniemy na pampę poszukać anakondy. Słońce praży bezlitośnie a my brodzimy po podmokłych terenach szukając węża.
Brodzenie w poszukiwaniu anakondy.


W jednej z sadzawek znajdujemy całkiem sporego żółwia. To nietypowe dla niego miejsce. Zwykle wraz z początkiem pory suchej, gdy poziom rzeki zaczyna się obniżać, żółwie migrują do jej koryta, by nie zostać odciętymi od wody. Ten najwyraźniej postanowił zaryzykować.
Żółw, zupełnie nie ninja.
W trakcie dalszej wędrówki mamy jeszcze okazję przyjrzeć się gniazdu afrykańskich pszczół, po anakondzie nie ma jednak śladu. Wąż ten potrafi się świetnie maskować, a z całą pewnością nie ma ochoty na spotkanie z ludźmi, widząc w nich jedynie zagrożenie. Gdyby widział w nas potencjalny obiad, pewnie poszłoby zdecydowanie łatwiej.
Gniazdo pszczół.
Cóż, tym razem się nie udało, pora wracać. Nie jestem rozczarowany. Ostatecznie w podróży najważniejszy nie jest cel, lecz droga.

W drodze powrotnej do łódki słyszymy wesoły okrzyk jednego z naszych przewodników. Choć wyraźnie zmęczony, to i uśmiechnięty brodzi po zaroślach w naszą stronę, w ręku trzymając czterometrowego gada.
Przewodnik z anakondą.
 Szczęścia nam sprzyja! Możemy przyjrzeć się anakondzie z bliska. Jej kolorystyka sprawia, że z całą pewnością trudno ją dostrzec nie tylko nam, ale także innym drapieżnikom. Choć wygląda bardzo niepozornie, to jej mięśnie pozwalają ścisnąć ofiarę tak, jakby przejechała ją czterotonowa ciężarówka. Dodatkowo jej szczęki nie są połączone żuchwą, a mięśnie są rozciągliwe, co pozwala jej zjadać naprawdę spore posiłki.
Anakonda.
Zadowoleni i nieco zmęczeni słońcem wracamy do obozu na obiad. Po nim chwila sjesty i ruszamy na łowy. Będziemy łowić piranie, które później staną się elementem naszej kolacji. Technika połowu jest dość prosta. Do haczyka dociążonego drutem przywiązana jest żyłka nawinięta na szpulę. Na haczyk zakłada się fragment mięsa, po czym wrzuca się go do wody.
Tukan napotkany po drodze.
Można odnieść wrażenie, że gdy tylko mięso zetknie się z jej powierzchnią, żarłoczne ryby rzucają się na nie. I albo umiejętnie je objadają, albo zostają na haczyku. Istotne wydaje się to, jak solidnie mięso zostanie nadziane na haczyk. Trzeba maksymalnie utrudniać piraniom obżarstwo. Zaskakująca jest ich wybredność. Potrafią obgryźć mięso, pozostawiając na haczyku tłuszcz i błony. Rozkapryszone bestie! W czasie połowu udaje mi się wyciągnąć dwie piranie. Mają drobne, trójkątne, niesamowicie ostre zęby, ich uśmiech budzi respekt.
Wyniki połowów.
Wracając zatrzymujemy się w przyrzecznym barze, z którego możemy obserwować zachód słońca. Zamawiamy butelkę wina i patrzymy jak słońce znika za horyzontem. Przygotowujemy latarki i wracamy na łódź. Nocą odgłosy na rzece są zupełnie inne. Gdy świeci się latarką, wszędzie widać żarzące się ślepia. Tutaj nigdy nie jest cicho. Zawsze słychać dziką przyrodę.
Zachód słońca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz