wtorek, 2 października 2012

Wyspa tkaczy

Punktualnie o godzinie 6:30 syn gospodyni budzi nas, abyśmy zdążyli przygotować się do śniadania. O 7:00 zasiadamy do stołu, jemy naleśnikowate placuszki, popijamy je herbatką z muna. Nic specjalnego, do tego jak się okazuje później, sycące na krótko. Jeśli miejscowi jedzą faktycznie takie lekkie śniadania, to jestem zaskoczony, jak są w stanie przetrzymać cały dzień pracy. Schodzimy do portu, żegnamy się z naszymi gospodarzami i płyniemy na wyspę tkaczy: Taquile.
Przystań na wyspie tkaczy.

Choć podróż trwa nieco ponad godzinę, to daje się mocno odczuć. Wieje silny wiatr, jezioro jest wzburzone, fale sprawiają, że część osób milknie i blednie. Gdy cumujemy, kapitan wrzuca do wody garść listków koki. Robi to, by nasza powrót powrotna była spokojniejsza.

Wspinając się do centrum miasteczka spotykamy po drodze kilka owiec, lamę i przedstawiciela lokalnych władz. Ubrany jest bardzo elegancko: ma kamizelkę, białą koszulę i czarny kapelusz nasunięty na kolorową czapkę. Zagaduje nas po hiszpańsku. Przedstawia się, opowiada o swoich obowiązkach, pyta skąd jesteśmy. Wreszcie życzy miłego zwiedzania i żwawym krokiem nas wyprzedza. Owce nie miałyby tej szansy, bo miały powiązane nogi.
Taquile
W miasteczku dowiaduję się, że tkanie i szydełkowanie może być męską rzeczą! Panowie w kolorowych czapkach spacerują po mieście, dyskutują i jakby bezwiednie robią w tle na drutach. Wygląda to naprawdę ciekawie. W sklepie w centrum miasta można podejrzeć efekty ich pracy: czapki, szaliki, skarpety, pasy, chusty, torby, rękawiczki i swetry. Wszystko zrobione ręcznie i to rękoma mężczyzn. Intrygujące.

Jak się dowiadujemy, nakrycia głów tutejszych panów nie są przypadkowe. Cała kolorowa czapka oznacza, że mężczyzna jest żonaty, biała końcówka charakteryzuje kawalerów. Istotny w przypadku tych drugich jest też sposób noszenia. Pompon z tyłu znaczy, że kawaler jest do wzięcia. Noszony na ramieniu, że jest już "po słowie". Kapelusze noszą lokalne władze, na czapki nasuwają je politycy reprezentujący dystrykt Taquile i Atamani. W życiu politycznym mogą brać udział tylko żonaci mężczyźni. Kobietom ten przywilej nie przysługuje.

Jemy obiad w jednej z licznych, lokalnych restauracji. Menu jest tu wszędzie standardowe: zupa kinua i smażony pstrąg. Cały świat gastronomiczny jest tu zaprojektowany tak, by poszczególne grupy turystów odwiedzających wyspę jadły w różnych restauracjach, tak by sprawiedliwie dzielić się zyskiem i pracą. Ceny też są standaryzowane, nie ma mowy o konkurencji.

Spacerując po wyspie napotykamy budynek z wielkimi panelami słonecznymi i małym wiatrakiem. Wychodzą z niego rury prowadzące po zboczu do jeziora. Wygląda na to, że jest to mała elektrownia i stacja pomp, zapewniająca wyspiarzom wodę w kranach.

Wracamy do łódki i płyniemy do Puno. Woda uspokoiła się, podróż mija spokojnie: wylegujemy się w promieniach słońca na górnym pokładzie łodzi. Odbieramy bagaże i jedziemy na dworzec. Przed nami długa podróż do Cuzco. Dojeżdżamy na miejsce tuż przed północą. Bierzemy szybki, gorący prysznic i dość zmęczeni szybko zasypiamy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz