Po śniadaniu na targu (obfita porcja rosołu z kaszą i ćwiartką kurczaka) rikszami jedziemy do portu. Przyznam, że wniknięcie w tutejszy ruch drogowy bez żelaznej zbroi samochodu dostarcza wielu wrażeń. Czasem mam wrażenie, że pierwszeństwo ma ten, który pierwszy zatrąbi (riksze naturalnie też są wyposażone w związku z tym w klaksony).
Z portu będziemy wypływać na wyspę Amantani, najpierw jednak kupujemy żywnościowe podarunki dla rodzin, które będą nas gościć w domu. W drodze mijamy pływające wyspy z trzciny: Uros. Cumujemy przy jednej z nich, by dowiedzieć się nieco o ich mieszkańcach i budowie. Wyspy jak i budynki na nich tworzone są z odpowiednio spreparowanej bądź wysuszonej trzciny.
 |
| Dom na wyspie Uros. |
 |
| Wyspa z trzciny: Uros. |
Mężczyźni trudnią się tu rybactwem, kobiety wyszywają. Jedna z nich, o imieniu Daisy, oprowadza nas po swoim domu. Jest skromnie urządzony, nawet meble wykonane są z trzciny, przyjemnie pachnie świeżym siankiem. Daisy pokazuje nam wyhaftowaną przez siebie chustę z fragmentem historii jej rodziny. Haftowanie wspomnień jest typowe dla Uros. Ciekawa forma zapisywania historii...
 |
| Chusta z historią rodziny Daisy. |
Później Daisy zabiera nas na swój przygotowany dla turystów stragan. Przyglądamy się jej wyrobom. Są tu piękne, ręcznie haftowane obrusy, chusty, poszewki na poduszki. Do tego można się targować. Żegnamy się z Daisy i płyniemy dalej.
 |
| Stragan Daisy. |
 |
| Na Titicaca, w drodze na Amantani. |
Na miejscu witają nas nasze gospodynie. Są odświętnie ubrane. Charakterystyczne, duże spódnice, białe bluzki, czarne chusty. Prowadzą nas pod górę, do naszych domostw. Pokoje są czyste i skromnie urządzone. Podobnie łazienki na podwórzu, choć w tych brakuje bieżącej wody.
 |
| Widok z okna naszego pokoju na Amantani. |
 |
| Peruwiańczycy są od nas niżsi. Trzeba uważać na głowę. |
 |
| Takie plakaty wiszą w Peru ;) |
Mamy chwilę, żeby odsapnąć, po niej gospodyni zaprasza nas na obiad. Kuchnia jest ciemna i mała, w środku przyjemnie pachnie jedzeniem i palonym drewnem.
 |
| Palenisko w kuchni. |
Gospodyni nie jest specjalnie rozmowna. Dowiadujemy się, że ma dwójkę synów, którzy są w szkole. Mąż jest jeszcze w pracy. Częstuje nas warzywną zupą
kinua. Na drugie danie otrzymujemy
smażony ser z różnymi rodzajami
ziemniaków. Ser jest bardzo słony, ale ma całkiem ciekawy smak, dobrze dopasowany do ziemniaków. Cały posiłek jest smaczny i prosty, niczym nie zachwyca . To po prostu codzienny obiad tutejszych mieszkańców, nic wykwintnego. Ma być szybko, tanio i pożywnie.
Po obiedzie idziemy zdobyć jeden z dwóch lokalnych szczytów: Pachamamę. Choć podejście nie jest trudne, to wysokość ponownie daje się we znaki, czasem zabierając oddech.
 |
| Podejście na Pachamamę. |
Na szczycie zatykamy przyniesiony z dołu kamień w murach świątyni, myślimy o życzeniu i obchodzimy świątynię trzy razy dookoła, koniecznie w stronę przeciwną do ruchu wskazówek zegara, co ma zagwarantować spełnienie się życzenia.
 |
| Zatykanie kamienia w murach świątyni. |
Trudno to wyrazić, ale miejsce ma w sobie coś specjalnego. Czuję tu wewnętrzny spokój i silną więź z naturą. Znajdujemy wygodną skałkę i czekamy na zachód słońca. Nad jeziorem pojawiają się czarne chmury, woda zmienia kolor, rozlega się głuchy grzmot. Kiedy przyglądamy się niebu, zaczynają na nas spadać małe kulki gradu. Widząc kolejne błyski, decydujemy się zejść. Głupio byłoby tkwić na szczycie w czasie burzy.
Z umówionego punktu spotkań, znajdującego się obok szkolnego boiska, odbiera nas syn gospodyni i prowadzi nas do domostwa. Zapada zmrok, wszystkie domy wyglądają podobnie, bez niego trudno byłoby trafić. Gospodyni czeka na nas z kolacją. Wraz z jej mężem i synem jemy zapiekane ziemniaki. Proponujemy gospodarzom szklaneczkę rumu z nami, gospodarz jednak odmawia, tłumacząc, że niedawno został pogryziony przez psa i bierze teraz leki, których nie wolno mieszać z alkoholem. Gospodyni milczy. Role w domu stają się dla nas jasne.
Po kolacji wracamy do pokoju i rumem zabarwionym colą wprawiamy się w dobry nastrój przed imprezą. Tuż przed nią otrzymujemy lokalne stroje. Faceci dostają czapkę i ponczo, ubiór dziewczyn jest bardziej skomplikowany, dlatego pomaga im się wystroić gospodyni.
 |
| Gotowe do wyjścia. |
Uradowani naszym nowym wizerunkiem wraz z gospodarzem idziemy na lokalną zabawę. Wchodzimy do podłużnej sali, z jednej strony zakończonej sceną, na której czekają muzycy. Wzdłuż dłuższych ścian ustawione są krzesełka. Gdy rozlega muzyka, mieszkańcy zapraszają nas do zabawy.
 |
| Natka tańczy z sołtysem. |
 |
| Zalotne szuranie nóżką w treku ;) |
 |
| Tany, tany! |
Bawimy się naprawdę przednio i gdy zabawa kończy się dość wcześnie, bo nieco po 21, jesteśmy mocno rozczarowani. Wracamy do pokoju, tam jeszcze jakiś czas wymieniamy się wrażeniami, za katalizator rozmów nadal mając rum.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz