sobota, 22 września 2012

Downhill drogą śmierci

Na ten dzień czekałem! Przed nami downhill drogą śmierci. Szlak, który przemierzymy rowerami swoją nazwę zawdzięcza całemu mnóstwu śmiertelnych wypadków, które miały na nim miejsce. Niegdyś, nim zbudowano nową drogę, jeździły tędy ciężarówki, które miały brzydką tendencję do częstego spadania w przepaść. Na rowerze też można wypaść, ale śmiertelne wypadki zdarzają się już stosunkowo rzadko.
Jeszcze w hostelu otrzymujemy zestaw rowerowych ciuchów: koszulkę, długie spodnie, kurtkę, kask, rękawice i ochraniacze na łokcie i kolana. Ubieramy się, wsiadamy do busów i jedziemy na 4700 metrów. Po drodze policja sprawdza nasze paszporty. Ze względu na obecne w tym regionie plantacje koki, często szmuglowane są tędy narkotyki, stąd i regularne kontrole policji. Na miejscu ustawiamy się w szeregu wzrostem i dostajemy rowery. Hamulce tarczowe, amortyzator z dużym skokiem z przodu, osprzęt klasy Alivio i Deore. Czyste i zadbane. Przymierzamy się, testujemy hamulce, słuchamy instrukcji bezpieczeństwa i odprawy.
U progu drogi śmierci.

Wreszcie ruszamy na pierwszy, testowy odcinek po asfalcie. Rower prowadzi się dobrze, można się rozpędzić do około 60km/h. Już tu, na asfalcie, zapowiada się świetna zabawa.
Downhill drogą śmierci.
Jedzie z nami grupa Brazylijczyków. Choć nie specjalnie potrafią jeździć na rowerach, to świetnie wychodzi im popisywanie się i łamanie wszelkich zasad bezpieczeństwa, w tym tych zasugerowanych przez naszych przewodników. Nie zachowują odstępów, zajeżdżają drogę, hamują w dziwnych miejscach. Jedna z członkiń ich grupy już przy pierwszym przystanku stara się zahamować piętami i przewraca się.
Asfaltowy odcinek zjazdu.
Ruszamy dalej, dłuższym odcinkiem. Pogoda gwałtownie załamuje się. Najpierw pojawia się gęsta mgła, chwilę później zaczyna mżyć. Robi się zimno i mokro. Pogarsza się widoczność, znacząco maleje przyczepność.
Mgła na drodze śmierci.
Jazda wymaga większej koncentracji, emocje też są większe. Dojeżdżamy do kolejnego przystanku. Brakuje kilku osób. Okazuje się, że jeden z zagranicznych uczestników wpadł w poślizg na łuku i podciął swojego kolegę. Niestety, dwie osoby od nas, aby uniknąć przejechania leżących, ratowały się kładąc rowery. Jedna solidnie stłukła sobie kolano, ale decyduje się jechać dalej. Przed nami najlepsza zabawa.
Ostatni przystanek przed właściwą częścią zjazdu.
Busy podwożą nas sześć kilometrów pod górę na szutrową drogę. To jest właśnie właściwa droga śmierci... Z jednej strony klif, z drugiej przepaść, przez pogodę tonąca we mgle. Obowiązuje ruch lewostronny i sygnalizowanie wyprzedzania krzykiem. Adrenalina podnosi się szczególnie na łukach.
Klif i przepaść przy drodze śmierci.
Nasz peleton dzieli się na trzy grupy, jadące z inną prędkością. Co pewien czas robimy przystanki i przeliczamy się. Pogoda stopniowo się poprawia. Mgła ustępuje, ukazując przepaść w pełni. Emocje rosną jeszcze bardziej, zabawa staje się jeszcze lepsza.
Droga śmierci.
Na dwóch ostatnich odcinkach zdarzają się miejsca, gdzie trzeba nieco popedałować. Super! Mamy też okazję przedrzeć się przez rzeczkę.
Przejazd przez rzekę.
Ze względu na częste przerwy i oczekiwanie na wolniejszą część peletonu, po około trzech godzinach kończymy zjazd na wysokości 1200m, mając za sobą 64km doskonałej zabawy. Zdajemy sprzęt, dzielimy się emocjami przy piwie, jedziemy wziąć prysznic i zjeść przygotowany dla nas obiad.
Już na dole.
Wracamy do La Paz, chwytamy bagaże i pędzimy na dworzec. Wsiadamy do wygodnego, nocnego autobusu, który zabierze nas do górniczego miasteczka Potosi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz