środa, 26 września 2012

Boliwijska porcja kultury

Znowu wstajemy wcześnie rano, tym razem aby pojechać na lotnisko. Mamy lecieć do Rurenbaque, a z niego ruszyć do dżungli. Niestety pogoda psuje nam plany. Już po całej odprawie dowiadujemy się, że dzień wcześniej nad naszym docelowym lotniskiem przeszła ulewa i  obecnie gruntowy pas nie nadaje się do lądowania. Najpierw lot jest opóźniony o dwie godziny, ostatecznie zostaje odwołany. Mamy więc do wykorzystania dodatkowy dzień w La Paz.  Wracamy zostawić rzeczy w hostelu i decydujemy się wyruszyć na trekking Doliną X (nazwy zapomniałem...).

Gdy zaczynamy chodzić po dnie kanionu, poranne rozczarowanie szybko znika.


Po drodze mamy okazję przejść przez boliwijską wieś i dzięki temu podejrzeć, jak pracują i żyją miejscowi. Okazuje się, że w polu pracują głównie kobiety, jako pomoc wykorzystując zaprzężone bydło. Gdy napotykamy się na mężczyznę, śpi pijany na polu, pod czujnym okiem dwójki dzieci.
Pijany mężczyzna śpiący na polu.
Woda na pola dostarczana jest system akweduktów. Zbudowano je wieki temu, a spełniają swoją rolę do dziś.  W centrum wsi wzbudzamy spore zainteresowanie. Pewnie niezbyt często widują tu gringos.
Krajobraz w kanionie.
Wygłodzeni po kilkugodzinnym marszu kupujemy ciasteczka u lokalnej sprzedawczyni. Tylko przez chwilę mamy wyrzuty sumienia, że pewnie przez nas po szkole dzieci nie będą miały swojej porcji słodkości.
Po szybkim prysznicu i spacerze uliczkami miasta idziemy do teatru  miejskiego "Alberto Saavedra Perez" na koncert boliwijskiej śpiewaczki Rocio Moreira przy akompaniamencie gitarzysty Juana Carlosa i zespołu Inti Boliviano. Czuję się nieco nieswojo ubrany w bojówki i mocno zakurzony już polar. Uczucie potęguje się, gdy mijają mnie wystrojeni Boliwijczycy. Liczę, że jednak przywykli już do takich turystycznych potworków. 
Maria śpiewa pięknie lokalne pieśni, zespół gra profesjonalnie, atmosfera występu jest świetna. Artystka ma dobry kontakt z publicznością, ta od czasu do czasu angażuje się w występ, podśpiewując lub klaszcząc do rytmu. Żałuję jedynie, że nie rozumiem, o czym owe pieśni są. Tym bardziej że można odczuć ich mocne nacechowanie emocjonalne.

Rocio Moreira.
W drodze powrotnej przechodzimy jeszcze przez uliczkę duchów, wzdłuż której mieszkają artyści, na której ponoć straszy. Idąc tu samotnie można ponoć usłyszeć za sobą niepokojące tupanie bądź brzęki łańcucha. Nasze zmysły chyba jednak nie są odpowiednio wyczulone, idziemy więc nieco je przestroić do pubu. Kupujemy piwo Jarde. Choć w smaku jest bardzo słabe, to warte było spróbowania przez sposób podania. Barman przynosi je w bardzo wysokich kuflach, przypominających wazony.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz