Znowu wstajemy wcześnie rano, tym razem aby pojechać na
lotnisko. Mamy lecieć do Rurenbaque, a z niego ruszyć do dżungli. Niestety
pogoda psuje nam plany. Już po całej odprawie dowiadujemy się, że dzień
wcześniej nad naszym docelowym lotniskiem przeszła ulewa i obecnie gruntowy pas nie nadaje się do
lądowania. Najpierw lot jest opóźniony o dwie godziny, ostatecznie zostaje
odwołany. Mamy więc do wykorzystania dodatkowy dzień w La Paz. Wracamy zostawić rzeczy w hostelu i
decydujemy się wyruszyć na trekking Doliną X (nazwy zapomniałem...).
Gdy zaczynamy chodzić po dnie
kanionu, poranne rozczarowanie szybko znika.
Po drodze mamy okazję przejść
przez boliwijską wieś i dzięki temu podejrzeć, jak pracują i żyją miejscowi. Okazuje
się, że w polu pracują głównie kobiety, jako pomoc wykorzystując zaprzężone
bydło. Gdy napotykamy się na mężczyznę, śpi pijany na polu, pod czujnym okiem
dwójki dzieci.
 |
| Pijany mężczyzna śpiący na polu. |
Woda na pola dostarczana jest system akweduktów. Zbudowano je
wieki temu, a spełniają swoją rolę do dziś.
W centrum wsi wzbudzamy spore zainteresowanie. Pewnie niezbyt często
widują tu gringos.
 |
| Krajobraz w kanionie. |
Wygłodzeni po kilkugodzinnym marszu kupujemy ciasteczka u
lokalnej sprzedawczyni. Tylko przez chwilę mamy wyrzuty sumienia, że pewnie
przez nas po szkole dzieci nie będą miały swojej porcji słodkości.
Po szybkim prysznicu i spacerze uliczkami miasta idziemy do
teatru miejskiego "Alberto Saavedra Perez" na koncert boliwijskiej śpiewaczki
Rocio Moreira przy akompaniamencie
gitarzysty Juana Carlosa i zespołu Inti Boliviano. Czuję się nieco nieswojo
ubrany w bojówki i mocno zakurzony już polar. Uczucie potęguje się, gdy mijają
mnie wystrojeni Boliwijczycy. Liczę, że jednak przywykli już do takich
turystycznych potworków.
Maria śpiewa pięknie lokalne pieśni, zespół gra
profesjonalnie, atmosfera występu jest świetna. Artystka ma dobry kontakt z
publicznością, ta od czasu do czasu angażuje się w występ, podśpiewując lub
klaszcząc do rytmu. Żałuję jedynie, że nie rozumiem, o czym owe pieśni są. Tym
bardziej że można odczuć ich mocne nacechowanie emocjonalne.
W drodze powrotnej przechodzimy jeszcze przez uliczkę
duchów, wzdłuż której mieszkają artyści, na której ponoć straszy. Idąc tu
samotnie można ponoć usłyszeć za sobą niepokojące tupanie bądź brzęki łańcucha.
Nasze zmysły chyba jednak nie są odpowiednio wyczulone, idziemy więc nieco je
przestroić do pubu. Kupujemy piwo Jarde. Choć w smaku jest bardzo słabe, to
warte było spróbowania przez sposób podania. Barman przynosi je w bardzo
wysokich kuflach, przypominających wazony.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz