czwartek, 27 września 2012

W kierunku dżungli


Deja vu! Poranna pobudka, droga na lotnisko, skądś to znam. Tym razem jednak się udaje. Co prawda z dwugodzinnym opóźnieniem, ale jednak małym samolotem lądujemy na klepisku w Rurenbaque.
W samolocie Amaszonas z La Paz do Rurenbaque.

Czekają na nas Toyoty Land Cruiser, które błotnistą drogą wiozą nas do miejscowości Santa Rosa. Przejażdżka trwa dwie i pół godziny. Sprawia, że mamy wrażenie, że żaden z naszych organów wewnętrznych nie jest już na swoim miejscu. Jemy obiad, podjeżdżamy jeszcze kawałek do portu i ładujemy się na długie, dziewięcioosobowe łodzie, które zabiorą nas do obozu w dżungli.
Nasz nowy środek lokomocji.
Gdy płyniemy rzeką Ujumani, mamy okazję zobaczyć mnóstwo rozmaitych zwierząt.
Rajski ptak.




Wszędzie jest pełno kolorowych ptaków, w wodzie i na brzegu wylegują się kajmany i aligatory. Tu i ówdzie pojawiają się stadka sympatycznie wyglądających kapibarów, które wykazują wyjątkową tendencję do taplania się w błocie.
Kapibara w błocie.



Choć woda jest mętna i ma brązowawy kolor, to gdy przepływamy przez zatoczkę, w której pływają delfiny rzeczne, decydujemy się na kąpiel. Stworzenia te dominują na danym terytorium, dlatego ponoć tutaj jaszczury i piranie będą dla nas niegroźne. Kąpiel działa przyjemnie chłodząco i tylko jedna osoba wychodzi z wody delikatnie nadgryziona :) Urzeczeni „tak pięknymi okolicznościami przyrody” dopływamy do obozu. Spać będziemy w wieloosobowych domkach na palach z łóżkami wyposażonymi w moskitiery.  Pale są potrzebne, bo w porze deszczowej poziom wody podnosi się na tyle, że domki znajdują się tuż nad wodą. Moskitiery są potrzebne, bo moskity mają czasem ochotę zjeść gringos żywcem.
Nasi sternicy serwują nam kolację, przedstawiają plan jutrzejszego dnia, a finalnie rozpalają ognisko. Integrujemy się przy rytmach lokalnej muzyki, z humorami wzniesionymi na jeszcze wyższy poziom dzięki cuba libre przygotowywanemu w oparciu o boliwijski rum, kosztujący zaledwie 15 boliwianów za 750ml, a smakiem nieodbiegający od Bacardi. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz