Jemy śniadanie "americano" w hostelu. W jego ramach otrzymujemy szklankę świeżo wyciskanego soku pomarańczowego (jest pyszny!), dwie bułki, masło, dżem i jajko sadzone. Do popicia kawa, może być nawet z mlekiem lub herbata, w tym obok czarnej i z rumianku ta z koki. Przenosimy plecaki do jednego pokoju i idziemy zwiedzać Limę. Najwięcej czasu spędzamy w kościele św. Franciszka. Wracając do hostelu po bagaże kupujemy w przydrożnej budce kanapki z pieczonym prosiakiem. Mięso po wrzuceniu na bułkę jest jeszcze solone i skrapiane limonką. Smakuje nieźle, choć chwilami jest zdecydowanie zbyt tłuste. Bierzemy plecaki i idziemy na dworzec autobusowy. Przed wejściem do autokaru musimy nadać bagaż. Polega to na tym, że do każdej sztuki, która znajdzie się w luku, zszywaczem przytwierdzana jest karteczka z jego numerem. Dzięki temu bagaże są bezpieczne. Podręczny lepiej trzymać zawsze na oku. Ponoć odłożenie go na półkę nad głową często bywa jednoznaczne z pożegnaniem z nim, bądź częścią jego zawartości. Po około czterech godzinach, choć wysiadamy na środku pustyni, to wygląda na to, że docieramy na miejsce. Po chwili zjawia się bus z przyczepką, który zabiera nasze bagaże, pozwalając nam bez obciążenia pomaszerować w stronę wyłaniających się na horyzoncie zabudowań, przy których zaparkowane są nasze pustynne bolidy. Wyglądają jak klatki bezpieczeństwa z zawieszeniem, kołami, fotelami i sporym silnikiem. Każdy zabiera pięciu pasażerów.
Przejażdżka po pustyni to niesamowite doznanie.
Zaczynam dzięki niej doceniać kunszt kierowców startujących w Dakarze. Wydmy, kamienie, urwiska, grząski piasek. Na kierujących czai się wiele niebezpieczeństw. Już wiem, dlaczego nie było nam dane poprowadzić tych maszyn samodzielnie. Bez stosownego przygotowania wypadek byłby nieunikniony.
O zmierzchu dojeżdżamy na miejsce, z którego będziemy mogli pozjeżdżać na deskach. Odpowiednio nawoskowane pozwalają bawić się równie dobrze jak na śniegu. Robi się ciemno. Niebo na pustyni wygląda pięknie. Widać drogę mleczną. Zjazd po ciemku dostarcza dodatkowych wrażeń. Podobnie jak późniejsza przejażdżka naszymi bolidami do pustynnego obozowiska.
Z ciemności wyłania się namiot rozświetlony dyskotekowymi światełkami. Zapowiada się przyjemny wieczorek integracyjny. Na powitanie dostajemy wino i prażony bób. Świetne, prosta przekąska, z powodzeniem mogąca zastąpić orzeszki. Nienagannie ubrani kucharze uwijają się przy grillu, szykując dla nas szaszłyki z kurczaka. Mięso jest soczyste, dobrze doprawione. Dodają mu smaku pieczarki, cebula, papryka oraz różne sosy. Dwa przyrządzone są w oparciu o chili, jeden jest musztardowy. Chili wbrew początkowym obawom nie jest przerażająco ostre, raczej zaledwie mocno pikantne, zapewne dostosowane do naszych europejskich podniebień.
Po obiedzie czas zaczynają nam umilać grajkowie. Jeden z gitarą, drugi z wielkim pudłem, na którym siada okrakiem i zaczyna grać.Instrument ten nazywa się Cajón. Perkusja jest świetna, gitarzysta nie nadąża. Musi jeszcze sporo potrenować... Na scenę wchodzi tancerka. Dość młoda, skąpo odziana Peruwianka pokazuje nam, jak ruszać się przy lokalnych rytmach.
Zaprasza nas do zabawy. Podane wcześniej Pisco jeszcze pulsuje w żyłach, parkiet zapełnia się. Troszkę tańczymy, troszkę przyglądamy się dalszej części artystycznej. Gospodyni śpiewa dla nas lokalną pieśń. Miły gest zostaje doceniony gromkimi brawami. Tymczasem kucharze nie próżnowali i podają plastry pieczonej świni i świeże pieczywo. Mięso jest soczyste, ale mało aromatyczne. Z sosem i pisco smakuje lepiej.
Po imprezie bolidy odwożą nas do bazy . Zabieramy bagaże i czekającymi na nas busami jedziemy do Paracas. W środku nocy budzą nas przekrzykujące się koguty. Poza nimi słychać tylko kojący szum oceanu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz