wtorek, 25 września 2012

Zdobywamy Chacaltaya

Lecimy do La Paz. Mamy okazję przyjrzeć się ostatnim pracom wykończeniowym na lotnisku. Są o tyle ciekawe, że w większości wykonywane przez żołnierzy.  Wyraźnie widać, że mycie okien i podłóg oraz torba zamiast karabinu niespecjalnie im odpowiadają. Nie pracują też nazbyt gorliwie, zupełnie zaniechując jakiekolwiek działania gdy w ich pobliżu pojawia się zgrabna dziewczyna. Lot odbywa się planowo. Miłe zaskoczenie. Z La Paz wyprawiamy się na lodowiec Chacaltaya.
Panorama La Paz.


Małym busem wjeżdżamy na wysokość około 5000 metrów. Podróż wąskimi, kamienistymi drogami nad przepaścią dostarcza naprawdę wielu emocji. Parkujemy pod najwyżej na świecie położonym, choć już nieczynnym wyciągiem narciarskim (zmienił się klimat, śnieg widywany jest tu zbyt rzadko, ośrodek zamknięto). Ostatnie przewyższenie trzeba pokonać na pieszo. Nie byłoby w tym nic trudnego, gdyby nie wysokość. Przy podchodzeniu pod górę, serce bije bardzo szybko, brakuje oddechu. Piękny górski krajobraz rekompensuje to w pełni. Gdy się nieco rozchmurza, widzimy szczyt Huayna Potosi.
Huyana Potosi with pal ;)
Nasza przewodniczka twierdzi, że to ten sam, który został wykorzystany w logo Paramount Pictures. I choć faktycznie jest podobny, to prawda jest taka, że w logo Paramount jest inna góra: Artesonraju.
Paramount Pictures
Pierwszy raz w życiu jestem tak wysoko i muszę przyznać, że to niesamowite uczucie. Czuję olbrzymią satysfakcję ze zdobycia szczytu i całym sobą chłonę widoki.
W drodze na Chacaltaya.

5421 metrów zdobyte.
Czas wracać do busa. Zjazd sprawia, że jeszcze bardziej doceniamy kunszt naszego kierowcy.

Kiedy ulicami La Paz podążamy w stronę Doliny Księżycowej, czujemy niepokojący zapach palonych klocków hamulcowych. Zatrzymujemy się i zauważamy unoszący się z prawego tylnego koła dym. Hamulce zapiekły się, dalej nie pojedziemy. Mimo zapewnień lokalnej przewodniczki, że nasze bagaże mogą bezpiecznie pozostać w busie i zostaną dowiezione do hostelu, wolimy wziąć je na plecy i kontynuować zwiedzanie razem z nimi. Wdrapujemy się na punkt widokowy i podziwiamy wieczorną panoramę miasta.
Wieczorne La Paz.
Gdy robi się ciemno, taksówką wracamy do hostelu. Zrzucamy plecaki i idziemy na targ czarownic. Na jednej uliczce zgromadzone są różne przedmioty związane z andyjskimi wierzeniami.
Sklepik czarownic
Taka handlowa tematyzacja ulic jest dla La Paz bardzo charakterystyczna. Są ulice pełne sklepów z częściami samochodowymi, takie z artykułami malarskimi i budowalnymi, itp. La Paz jest przez to jak wielki hipermarket.  Na targu jest także całkiem sporo śmiesznych przedmiotów produkowanych z myślą o turystach.
Zestaw prezentowy :)
Uwagę najbardziej przykuwają płody lamy. Ich przeznaczenie jest stosunkowo proste: wmurowywane są w fundamenty domów, by przynosić domownikom szczęście. Takie połączenie z pachamamą. Na targu są też suszone żaby, na pieniądze, oraz rozmaite mikstury i pomady, zależne od potrzeb, produkowane w myśl zasady „dla każdego coś miłego”.
Eko - ludzik od wszystkiego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz