Pobudka o 3:20. Zbieranie się idzie całkiem sprawnie. Justyna z Adrianem zawożą nas na lotnisko, ściskamy się szybko na pożegnanie i idziemy poszukać reszty naszej grupy. Jesteśmy ciekawi, czy trafi się jeszcze ktoś w naszym wieku. Zbiórka miała być o 4:30 pod pocztą, ale na tym terminalu nie ma poczty! Szczęśliwie Natka przeglądała zdjęcia z innych wycieczek i wśród ludzi z plecakami wypatrzyła naszego przewodnika: Jarka. Witamy się, wymieniamy kilka zdań, po chwili gromadzi się nas większa grupka. Dostajemy koszulki i czapeczki, przyglądając się sobie wzajemnie. Grupa zapowiada się dobrze. To ważne, przecież spędzimy razem najbliższe 25 dni! Dwie pary wyglądają na rówieśnicze, pozostali uczestnicy są znacznie starsi.
Przed nami krótki lot z KLM do Amsterdamu. Na pokładzie dostajemy nawet śniadanie. W Amsterdamie mamy cztery godziny do przesiadki, inwestujemy więc 15 euro w wycieczkę kolejką do centrum miasta. Pierwsze wrażenie: Amsterdam ocieka seksem i pachnie marihuaną. Czuje się to nawet przed południem. Gumowe penisy i dyskretny, zgniłkowaty zapach wydobywający się z coffe shopów prowadzą turystów przez starówkę. W dzielnicy czerwonych latarni większość witryn jest pusta, jednak w niektórych tańczą skąpo odziane panie. Mogę się jedynie domyślać, jak to wszystko wygląda, gdy zapada zmrok.
Po poglądowym spacerze wracamy na lotnisko. Przed nami długa podróż, nadal z KLM.
Nie mamy z Natką miejsc obok siebie, ale bez problemu udaje nam się zamienić. W klasie ekonomicznej jest wystarczająco miejsca na nogi. Dostajemy też poduszeczkę i kocyk. Każdy pasażer ma też do dyspozycji prywatne centrum multimedialne z wyświetlaczem w zagłówku fotela i z wysuwanym pilotem w podłokietniku. Jest muzyka, są filmy, są proste gry. Gdyby tylko otrzymane słuchawki potrafiły wydać z siebie choć o pół klasy lepszy dźwięk... W czasie lotu otrzymujemy dwa ciepłe posiłki z deserami, osobno kanapki, przekąski i lody. Załoga nie daje nam zgłodnieć. Możemy też napić się piwa, wina, whiskey, a nawet baileysa, choć naturalnie w wydzielonych ilościach.
Dolatujemy za dnia. Peru jest w strefie czasowej GMT-6. Mamy 7 godzin różnicy czasu z Polską, dlatego w samolocie staraliśmy się nie spać. Dzięki temu powinno być się łatwiej przestawić. Busem o nieco popsutym sprzęgle jedziemy przez Limę do naszego hostelu. Miasto wygląda okropnie. Brud, nieskończone budowle, urbanistyczny chaos. Do tego wszyscy trąbią. Po drodze mijamy stare miasto. Tutaj nagle robi się ładniej. Zwracamy bagaże i idziemy na wieczorny spacer. Główny plac miasta, z którego widać katedrę i pałac arcybiskupów wygląda przepięknie.
Główna ulica tętni życiem. Próbujemy lokalnego specjału: emoliente. To ziołowy napój, podawany na ciepło o nieco żelowej konsystencji i kolorze karmelizowanego cukru. Całkiem smaczne, przypomina nieco fioletowe żelki. Naładowani taką porcja zdrowia, z całą pewnością będziemy dobrze spać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz