Spaliśmy pierwszy raz w życiu na wysokości 2300m. Obudziliśmy się wyspani i wypoczęci, na długo przed budzikiem. Otwieramy okiennice i widzimy miłą niespodziankę: z okien roztacza się widok na górujący nad miastem wulkan Misti.
 |
| Widok na wulkan Misti. |
Na śniadanie omlet, bułki, marmolada. Standard. Przepakowujemy się w mniejsze plecaki, duże zostawiamy wraz z praniem w hostelu. Kilkunastoosobowym busem ruszamy na wycieczkę do kanionu Colca, drugiego pod względem wysokości na świecie. Jeszcze na dole (2400m) zatrzymujemy się w sklepie. Kupujemy liście koki.
Ich żucie ma nam pomóc zaaklimatyzować się na dużej wysokości. Koka niegdyś uważana była za świętą roślinę i zarezerwowana dla arystokracji. Zawarty w niej alkaloid niweluje uczucie zmęczenia i ma właściwości przeciwbólowe. Pozwala dłużej i wydajniej pracować, zmniejsza też uczucie głodu, dlatego obecnie jest np. bardzo intensywnie wykorzystywana przez górników, którzy dzięki jej cudownym właściwościom są w stanie znieść osiem godzin ciężkiej pracy pod ziemią.
 |
| Niezbędnik górski :) . |
Odrywam środkową żyłkę z liścia, wkładam go do buzi, przegryzam kawałkiem kamyka z popiołu, który był w paczuszce z liśćmi. Ma słodkawy, przyjemny smak. Jego zadaniem jest zmiana odczynu w ustach na zasadowy, tak by aktywne substancje koki sprawniej uwalniały się przy żuciu. Za pierwszym liściem podążają kolejne. Koka ma smak podobny do innych liści, właściwy dla zieleniny, mniej słodki niż źdźbła trawy. Dowodem na to, że koka działa, jest to, że czuję, jak cierpnie mi policzek. Jesteśmy coraz wyżej. Nieco powyżej 3000m zatrzymujemy się na herbatkę parzoną z koki i
muña. Jest bardzo smaczna i orzeźwiająco, podobno poza dolegliwościami wysokościowymi, pomaga też na trawienie.
 |
| Herbatka z muna i koki. |
Im wyżej jesteśmy, tym widoki stają się piękniejsze. Niestety pojawia się też lekki ból głowy. Mój organizm nie jest przyzwyczajony do takiej wysokości. Finalnie docieramy na 4910 metrów. Ból głowy jest znacznie intensywniejszy, ciężko się skupić i pozbierać myśli. Po kilku krokach okazuje się też, że forma wyraźnie spadła. Jest to spowodowane znacznie mniejszą ilością tlenu w powietrzu. Po przejściu ok 100m lekkiego wzniesienie kręci mi się w głowie i czuję, jak szybko bije moje serce. Wkładam do ust kolejną porcję liści z koki.
 |
| Radość na 4910 metrach. |
Busem zjeżdżamy do miejscowości Chivay, położonej na wysokości 3700 metrów. Obiad jemy w formie szwedzkiego stołu, mamy więc okazję popróbować wielu lokalnych specjałów, choć nieco w ciemno, bo opisów brakuje. Zupa z baraniny z warzywami przypomina nieco rosół.
Krem z dyni jest kapitalny. Generalnie utwierdzam się w przekonaniu, że zupy w Peru są naprawdę dobre. W przypadku drugiego dania, rozmaite mięsa smakują zwyczajnie. Są dobre, ale niczym nie zaskakują. Pojawiają się za to inne rzeczy, które są dla mnie zupełnie nowe.
Faszerowane papryczki są przykładowo tak pikantne, że do oczu napływają mi łzy. Ciekawostką są
banany, bataty i papaja w naleśnikowym cieście, smażone w głębokim oleju. Są wyborne. Na deser domowe ciasto, mandarynka i banan. Ten ostatni jest dwukrotnie mniejszy od tych, które znam. Jest też inny w smaku- czuć, że dojrzał naturalnie, na słońcu, a nie w wyniku sztucznie przeprowadzonego procesu.
Najedzeni idziemy na krótki spacer po miejscowości. Wzdłuż głównej ulicy ustawiono figury tancerzy w kolorowych ubraniach i maskach.
 |
| Figura tancerza w Arequipie. |
Interesujący jest też targ, pełen życia, ziaren, owoców, warzyw i mięsa. Po spacerze jedziemy zrelaksować się w termach. Wykorzystują one gorącą wodę z wulkanu. Jest ona mieszana z wodą zimną tak, by temperatura w basenach oscylowała w pobliżu 39 stopni Celsjusza. Choć na zewnątrz jest bardzo chłodno, to po wejściu do wody momentalnie robi się przyjemnie. Staram się pływać, ale woda jest na to zdecydowanie zbyt ciepła, do tego nadal działa wysokość i bardzo szybko się męczę. Zamawiamy więc drinki
kolka sour, złożone z Pisco i soku z owocu kaktusa. Słowem: stawiamy na relaks. Choć ból głowy nadal daje o sobie znać, czujemy się znacznie lepiej. Wieczorem idziemy na kolację przy rytmach lokalnej muzyki. Posiłek umilają nam nie tylko grajkowie, ale także tancerze prezentujący lokalny folklor.
 |
| Wieczór z tancerzami. |
W drodze powrotnej pijemy jeszcze
emoliente. Cudownie rozgrzewa w tak zimną noc.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz