niedziela, 30 grudnia 2012

Peru i Boliwia: garść porad

Wybierasz się do Peru i Boliwii? Mam dla Ciebie garść porad. Są rzeczy, o których warto pamiętać.

niedziela, 11 listopada 2012

Zastanawiasz się czy jechać do Peru?

Jeśli masz wątpliwości, czy Peru jest miejscem wartym obejrzenia, znalazłem coś, co może Cię ich pozbawić. Obejrzyj ten filmik:

Inti-Ñan from BabaBC on Vimeo.

Oddaje piękno i niezwykłość tego kraju.

niedziela, 7 października 2012

Cuzco --> Lima --> Paryż -->Warszawa

Dzięki temu, że nasz lot został opóźniony możemy nawet się wyspać. Kolejne jajko sadzone na śniadanie, ostatnie przepakowanie i jedziemy na lotnisko. Tam naturalnie okazuje się, że opóźnienie lotu do Limy jest jeszcze większe, niż zakładano. Koczujemy w krajowym terminalu lotniska, na którym nie ma nic, poza toaletami. Wreszcie słyszymy wezwanie na nasz lot. W samolocie dostajemy kanapkę i ciasteczko, które pozwalają zabić "małego głoda", który dołączył do nas przez opóźnienie. 

sobota, 6 października 2012

Powrót do Cuzco

Znowu poranna pobudka. Musimy zdążyć na pociąg, który zabierze nas z powrotem do Olantayatambo. Choć w dzień można przyjrzeć się drodze, którą poprzednio pokonywaliśmy w zupełnym mroku, to senność nie pozwala się skupić na widokach. Nieco ponad cztery godziny snu po dość intensywnym i długotrwałym wysiłku to zdecydowanie zbyt mało.

Krajobraz w drodze do Cuzco.


piątek, 5 października 2012

Machu Picchu

Jemy solidne śniadanie i krętą, górską drogą w busie podjeżdżamy do wejścia do Machu Picchu. Całą noc lał deszcz, po cichu liczymy więc na pogodny dzień i mniej meszek. Te owady potrafią tu być ponoć nader uciążliwe, a ich ukąszenie kończy się dużymi, długo-gojącymi się bąblami.
Machu Picchu
Machu Picchu

czwartek, 4 października 2012

W stronę Machu Picchu

Ruszamy w kierunku Machu Picchu! Podróż zajmie nam cały dzień, ale po drodze zrobimy sporo przystanków umożliwiających nam poznanie kolejnych dokonań Inków. Przejeżdżamy przez świętą dolinę ciągnącą się wzdłuż rzeki Urubamba i spacerujemy nią. Dowiadujemy się, że Inkowie bardzo mocno rozwinęli rolnictwo oraz techniki magazynowania żywności. To jeden z istotnych czynników, decydujących o tym, że ich cywilizacja mogła się prężnie rozwijać.

środa, 3 października 2012

Śladami Inków w Cuzco

Mieliśmy okazję się wyspać! O 8:30 zjedliśmy śniadanie, o 9:00 rozpoczęliśmy spacer po mieście. Cuzco robi bardzo dobre wrażenie. Miasto jest czyste, uliczki są urokliwe, czuję się tu zupełnie inaczej niż choćby w La Paz, po prostu bezpiecznie.
Główny plac Cuzco.


wtorek, 2 października 2012

Wyspa tkaczy

Punktualnie o godzinie 6:30 syn gospodyni budzi nas, abyśmy zdążyli przygotować się do śniadania. O 7:00 zasiadamy do stołu, jemy naleśnikowate placuszki, popijamy je herbatką z muna. Nic specjalnego, do tego jak się okazuje później, sycące na krótko. Jeśli miejscowi jedzą faktycznie takie lekkie śniadania, to jestem zaskoczony, jak są w stanie przetrzymać cały dzień pracy. Schodzimy do portu, żegnamy się z naszymi gospodarzami i płyniemy na wyspę tkaczy: Taquile.
Przystań na wyspie tkaczy.

poniedziałek, 1 października 2012

Noc u Indian

Po śniadaniu na targu (obfita porcja rosołu z kaszą i ćwiartką kurczaka) rikszami jedziemy do portu. Przyznam, że wniknięcie w tutejszy ruch drogowy bez żelaznej zbroi samochodu dostarcza wielu wrażeń. Czasem mam wrażenie, że pierwszeństwo ma ten, który pierwszy zatrąbi (riksze naturalnie też są wyposażone w związku z tym w klaksony).

niedziela, 30 września 2012

Żegnamy Boliwię, witamy świnkę morską

Z samego rana jedziemy na lotnisko, odprawiamy się i lecimy do La Paz. Kupujemy na drogę kanapkę z mięsem, która jak się chwilę później okazuje smakuje mocno przechodzonym olejem. Paskudztwo! Ale na coś lepszego nie było czasu. Jedziemy to Tiahuanaco. Na miejscu mamy okazję poznać historię cywilizacji rozwijających się w Ameryce Południowej.
Brama słońca w Tihuanaco.

sobota, 29 września 2012

Spacer po dżungli

Wstajemy jeszcze przed wschodem słońca, by popłynąć w pobliże wzniesienia, z którego możemy go obserwować. O poranku przyroda brzmi jeszcze inaczej. W tle dominuje wyraźnie ujadanie wyjców.

Słychać, jak dżungla powoli budzi się do życia. Wschód słońca od tych wcześniej widzianych różni się jedynie dźwiękami tła. Powitawszy słońce wracamy na śniadanie.

piątek, 28 września 2012

Kajmany, Tukany i inne Piranie

Jemy obfite śniadanie (pierwsze takie w czasie wyprawy!), ubieramy się w stylowe gumiaki i płyniemy na pampę poszukać anakondy. Słońce praży bezlitośnie a my brodzimy po podmokłych terenach szukając węża.
Brodzenie w poszukiwaniu anakondy.


czwartek, 27 września 2012

W kierunku dżungli


Deja vu! Poranna pobudka, droga na lotnisko, skądś to znam. Tym razem jednak się udaje. Co prawda z dwugodzinnym opóźnieniem, ale jednak małym samolotem lądujemy na klepisku w Rurenbaque.
W samolocie Amaszonas z La Paz do Rurenbaque.

środa, 26 września 2012

Boliwijska porcja kultury

Znowu wstajemy wcześnie rano, tym razem aby pojechać na lotnisko. Mamy lecieć do Rurenbaque, a z niego ruszyć do dżungli. Niestety pogoda psuje nam plany. Już po całej odprawie dowiadujemy się, że dzień wcześniej nad naszym docelowym lotniskiem przeszła ulewa i  obecnie gruntowy pas nie nadaje się do lądowania. Najpierw lot jest opóźniony o dwie godziny, ostatecznie zostaje odwołany. Mamy więc do wykorzystania dodatkowy dzień w La Paz.  Wracamy zostawić rzeczy w hostelu i decydujemy się wyruszyć na trekking Doliną X (nazwy zapomniałem...).

Gdy zaczynamy chodzić po dnie kanionu, poranne rozczarowanie szybko znika.

wtorek, 25 września 2012

Zdobywamy Chacaltaya

Lecimy do La Paz. Mamy okazję przyjrzeć się ostatnim pracom wykończeniowym na lotnisku. Są o tyle ciekawe, że w większości wykonywane przez żołnierzy.  Wyraźnie widać, że mycie okien i podłóg oraz torba zamiast karabinu niespecjalnie im odpowiadają. Nie pracują też nazbyt gorliwie, zupełnie zaniechując jakiekolwiek działania gdy w ich pobliżu pojawia się zgrabna dziewczyna. Lot odbywa się planowo. Miłe zaskoczenie. Z La Paz wyprawiamy się na lodowiec Chacaltaya.
Panorama La Paz.


poniedziałek, 24 września 2012

Śnieżnobiały Salar

Lama na Salarze.
Przed śniadaniem dowiadujemy się, że w La Paz miała miejsce burzliwa manifestacja górników. Trzeba przyznać, że przybrała dość niespodziewany nawet jak na Boliwię obrót. W centrum miasta ścierające się grupy górników obrzucały się dynamitem. Jeden z górników został rozerwany na strzępy,  gdy próbował odrzucić laskę, która znalazła się pod jego nogami. Dopiero to uspokoiło protestantów. Prezydent wystąpił z odezwą do narodu, obwieszczając dekret o zakazie przynoszenia dynamitu na publiczne manifestacje. Co kraj, to obyczaj.

niedziela, 23 września 2012

Eksplozja w kopalni

Noc minęła wyjątkowo dobrze. Duże autokarowe fotele rozkładały się niemalże do poziomu, można było całkiem wygodnie spać. Myjemy zęby, przemywamy twarz w dworcowej toalecie, taksówkami jedziemy do centrum miasta. Otwierają akurat targ. Świetnie, będziemy mogli zjeść lokalne śniadanie. Kawa (lurowata jak zawsze ;) oraz bułki z jajkiem smażonym z serem. Pożywne i całkiem smaczne. Ser jest słony i świetnie komponuje się z nieprzyprawionym jajem. A ta atmosfera. Aż miło popatrzeć, jak obsługująca nas pani uwija się w malutkiej kuchni przy rondelku.
Turystyczny bus zabiera nas w pobliże górniczego sklepu. Tam przebieramy się w ochronną odzież oraz dowiadujemy nieco o pracy tutejszych górników.
Przed wizytą w kopalni. Pełne BHP ;)
A górnicy łatwego życia nie mają.

sobota, 22 września 2012

Downhill drogą śmierci

Na ten dzień czekałem! Przed nami downhill drogą śmierci. Szlak, który przemierzymy rowerami swoją nazwę zawdzięcza całemu mnóstwu śmiertelnych wypadków, które miały na nim miejsce. Niegdyś, nim zbudowano nową drogę, jeździły tędy ciężarówki, które miały brzydką tendencję do częstego spadania w przepaść. Na rowerze też można wypaść, ale śmiertelne wypadki zdarzają się już stosunkowo rzadko.
Jeszcze w hostelu otrzymujemy zestaw rowerowych ciuchów: koszulkę, długie spodnie, kurtkę, kask, rękawice i ochraniacze na łokcie i kolana. Ubieramy się, wsiadamy do busów i jedziemy na 4700 metrów. Po drodze policja sprawdza nasze paszporty. Ze względu na obecne w tym regionie plantacje koki, często szmuglowane są tędy narkotyki, stąd i regularne kontrole policji. Na miejscu ustawiamy się w szeregu wzrostem i dostajemy rowery. Hamulce tarczowe, amortyzator z dużym skokiem z przodu, osprzęt klasy Alivio i Deore. Czyste i zadbane. Przymierzamy się, testujemy hamulce, słuchamy instrukcji bezpieczeństwa i odprawy.
U progu drogi śmierci.

piątek, 21 września 2012

Wyspa Słońca

Po śniadaniu idziemy do portu i wsiadamy do turystycznej łodzi, którą po jeziorze Titicaca płyniemy na Wyspę Słońca. Dla Inków jest to miejsce szczególne.
Titicaca: w drodze na Wyspę Słońca.

czwartek, 20 września 2012

W kierunku Boliwii

Czeka nas dziś długa przeprawa do Boliwii. Autobusem ruszamy najpierw Puno. Autokar pozbawiony jest toalety, choć podróż trwa sześć godzin. Po pierwszych dwóch zatrzymujemy się w polu. W międzyczasie udało nam się na żywo obejrzeć telezakupy.

środa, 19 września 2012

El Condor Pasa

Wstajemy o piątej rano. Musimy wyruszyć wcześnie, jeśli chcemy zobaczyć latające nad kanionem kondory. Noc na dużej wysokości znieśliśmy dobrze. Obudziłem się wypoczęty, choć nadal z lekkim bólem głowy przypominającym subtelnego kaca. Jedna z uczestniczek wyprawy rozchorowała się. W środku nocy zaczęła wymiotować, objawy nie ustąpiły do rana, nie jest w stanie pojechać z nami do kanionu. Po drodze zatrzymujemy się w małej miejscowości. Oglądamy kościół, kręcimy się po straganach, ruszamy dalej. Bus zatrzymuje się na parkingu, dalej idziemy na spacer do cruz del condor. Ścieżka, którą podążamy, wiedzie wzdłuż kanionu. Krajobraz jest zachwycający. Nad naszymi głowami przelatuje kondor.
Kondor w kanionie colca.

wtorek, 18 września 2012

Kanion Colca

Spaliśmy pierwszy raz w życiu na wysokości 2300m. Obudziliśmy się wyspani i wypoczęci, na długo przed budzikiem. Otwieramy okiennice i widzimy miłą niespodziankę: z okien roztacza się widok na górujący nad miastem wulkan Misti.
Widok na wulkan Misti.
Na śniadanie omlet, bułki, marmolada. Standard. Przepakowujemy się w mniejsze plecaki, duże zostawiamy wraz z praniem w hostelu. Kilkunastoosobowym busem ruszamy na wycieczkę do kanionu Colca, drugiego pod względem wysokości na świecie. Jeszcze na dole (2400m) zatrzymujemy się w sklepie. Kupujemy liście koki.

poniedziałek, 17 września 2012

Kultura Nazca

Skromne  śniadanie o 7:15 (dwie małe bułki, dżem, szklanka świeżego soku z papai). Jedziemy pod miasto na cmentarz kultury Nazca. Dawne miejsce pochówku dopiero od niedawna jest chronione i zabezpieczone przez archeologów. Wcześniej było przez wiele ograbiane.

niedziela, 16 września 2012

Natura Islas Ballestas

Pobudka o 6:40, śniadanie o 7:10, tym razem jajecznica, nie jajko sadzone. Zostawiamy rzeczy na przechowanie w hostelu i jedziemy do portu. Tam wsiadamy na dość szybką, turystyczną, odkrytą łódź motorową (2x200km V6 Yamaha) i płyniemy na Islas Ballestas. Po drodze widzimy wydrążonego w skale kaktusa, nie wiadomo dlaczego nazwanego kandelabrem.
Naszym oczom ukazuje się coraz więcej rozmaitych ptaków i beztrosko pływające delfiny. Wyspy witają nas skrzekiem i zapachem guano. Wszędzie dosłownie roi się od ptactwa. Gdzieniegdzie na skałach wygrzewają się foki i lwy morskie. Na wyspie widać też człowieka. To akurat strażnik rezerwatu, są też jednak tacy, którzy na wyspach zajmują się wydobyciem guano. Nadaje się ono świetnie do użyźniania gleby, można więc na nim zarobić.
W drodze powrotnej psuje się jeden z silników.

sobota, 15 września 2012

Pustynny rajd

Jemy śniadanie "americano" w hostelu. W jego ramach otrzymujemy szklankę świeżo wyciskanego soku pomarańczowego (jest pyszny!), dwie bułki, masło, dżem i jajko sadzone. Do popicia kawa, może być nawet z mlekiem lub herbata, w tym obok czarnej i z rumianku ta z koki. Przenosimy plecaki do jednego pokoju i idziemy zwiedzać Limę. Najwięcej czasu spędzamy w kościele św. Franciszka. Wracając do hostelu po bagaże kupujemy w przydrożnej budce kanapki z pieczonym prosiakiem. Mięso po wrzuceniu na bułkę jest jeszcze solone i skrapiane limonką. Smakuje nieźle, choć chwilami jest zdecydowanie zbyt tłuste. Bierzemy plecaki i idziemy na dworzec autobusowy. Przed wejściem do autokaru musimy nadać bagaż. Polega to na tym, że do każdej sztuki, która znajdzie się w luku, zszywaczem przytwierdzana jest karteczka z jego numerem. Dzięki temu bagaże są bezpieczne. Podręczny lepiej trzymać zawsze na oku. Ponoć odłożenie go na półkę nad głową często bywa jednoznaczne z pożegnaniem z nim, bądź częścią jego zawartości. Po około czterech godzinach, choć wysiadamy na środku pustyni, to wygląda na to, że docieramy na miejsce. Po chwili zjawia się bus z przyczepką, który zabiera nasze bagaże, pozwalając nam bez obciążenia pomaszerować w stronę wyłaniających się na horyzoncie zabudowań, przy których zaparkowane są nasze pustynne bolidy. Wyglądają jak klatki bezpieczeństwa z zawieszeniem, kołami, fotelami i sporym silnikiem. Każdy zabiera pięciu pasażerów.
Przejażdżka po pustyni to niesamowite doznanie.

piątek, 14 września 2012

Lecimy!

Pobudka o 3:20. Zbieranie się idzie całkiem sprawnie. Justyna z Adrianem zawożą nas na lotnisko, ściskamy się szybko na pożegnanie i idziemy poszukać reszty naszej grupy. Jesteśmy ciekawi, czy trafi się jeszcze ktoś w naszym wieku. Zbiórka miała być o 4:30 pod pocztą, ale na tym terminalu nie ma poczty! Szczęśliwie Natka przeglądała zdjęcia z innych wycieczek i wśród ludzi z plecakami wypatrzyła naszego przewodnika: Jarka. Witamy się, wymieniamy kilka zdań, po chwili gromadzi się nas większa grupka. Dostajemy koszulki i czapeczki, przyglądając się sobie wzajemnie. Grupa zapowiada się dobrze. To ważne, przecież spędzimy razem najbliższe 25 dni! Dwie pary wyglądają na rówieśnicze, pozostali uczestnicy są znacznie starsi. Przed nami krótki lot z KLM do Amsterdamu. Na pokładzie dostajemy nawet śniadanie. W Amsterdamie mamy cztery godziny do przesiadki, inwestujemy więc 15 euro w wycieczkę kolejką do centrum miasta. Pierwsze wrażenie: Amsterdam ocieka seksem i pachnie marihuaną. Czuje się to nawet przed południem. Gumowe penisy i dyskretny, zgniłkowaty zapach wydobywający się z coffe shopów prowadzą turystów przez starówkę. W dzielnicy czerwonych latarni większość witryn jest pusta, jednak w niektórych tańczą skąpo odziane panie. Mogę się jedynie domyślać, jak to wszystko wygląda, gdy zapada zmrok.
Po poglądowym spacerze wracamy na lotnisko. Przed nami długa podróż, nadal z KLM.

czwartek, 13 września 2012

W kierunku Peru

Kończymy się pakować. Podlewamy kwiatki, na wszelki wypadek zakręcamy główny zawór wody, co by za miesiąc sąsiedzi nie mieli pretensji, że zrobiliśmy im z mieszkań basen. Miejską dwieściedziesiątką jedziemy na dworzec główny. Jemy szybki obiad w KFC. Przeżuwając kurczaka przyglądam się czterem dziewczynom: na oko mają czternaście, może 15 lat. Wyróżniają się przez mocny makijaż, tipsy, podoklejane rzęsy i inne tego typu atrybuty piękności. Trzy najszczuplejsze wcinają łapczywie kurczaki, jedna, tylko odrobinę pulchniejsza je suche ryżowe wafle. Któraś wyciąga opakowanie perfum, pozostałe chichoczą. Czyżby dostała je w prezencie? Wsiadamy do Polskiego Busa.